Strona główna Expressu Bydgoskiego
Strona główna Nowości

„Okupanci”

listopad 14th, 2007

„Kiedy Polacy okupowali nasz kraj, bez żadnego powodu zabili twoją matkę i siostrę” – tak za kilkanaście lat będzie opowiadał swojemu dziecku mieszkaniec afgańskiej wioski Nanger Kel  o tym co wydarzyło się 16 sierpnia 2007 roku.
            To straszne!  
            Jak my, Polscy mamy godnie żyć i szanować swoją historię, skoro w tym samym czasie, tysiące kilometrów od Warszawy z polskiej ręki giną niewinni ludzie?

            Dlaczego w Polsce nie obowiązuje dziś żałoba narodowa dla uczczenia ofiar tego zabójstwa. Oddział Polaków ostrzelał wioskę afgańską zabijając sześć osób, w tym kobiety i dzieci. Ostrzelał wioskę z moździerzy i karabinu maszynowego, mimo, że nikt z mieszkańców wioski ich nie atakował. Ostrzelał wioskę w odwecie za zamach na polski patrol do którego doszło wiele godzin wcześniej.

            Jak to możliwe? Czy Polak, noszący w sercu i umyśle koszmar wojny, heroizm Powstania Warszawskiego i wtręt do okupantów, może zachowywać się jak krwawy okupant?

Dlaczego nasi żołnierze otworzyli ogień?

            Odpowiedzi na to pytanie może być kilka.

            Być może Polacy w szoku po zamachu w którym zginął ich kolega, ulegli jakiemuś koszmarnemu impulsowi i ze strachu albo wściekłości zaczęli strzelać. W takim razie zawiodło ich wyszkolenie. Żołnierz musi umieć ocenić zagrożenie i odpowiednio zareagować.

            Może działali w oparciu o błędne informacje według których na terenie wioski znajdowali Talibowie. Jeżeli przyjmiemy taką wersję, oznacza to, że polski wywiad w Afganistanie kuleje, że rację mają krytycy likwidacji WSI. Nie zwalnia to oczywiście żołnierzy z feralnego oddziału od odpowiedzialności za nieuzasadniony, krwawy atak.

            Najgorsza wydaje się trzecia wersja: Polacy zaatakowali wioskę, bo chcieli się zemścić. W takim przypadku po prostu opadają ręce.

            A jeżeli zwiódł wywiad? Czy kiedykolwiek dowiemy się prawdy? Czy może cała energia pójdzie teraz na zacieranie prawdziwego obrazu sprawy? Obawiam się, że nie ma takiej armii na świecie, która otwarcie przyzna się do ślepoty i głuchoty własnego wywiadu.

            Prokurator wojskowy z Poznania informując o zarzutach postawionych polskim żołnierzom, powołał się na Art. 123, §1, pkt 4:”kto naruszając prawo międzynarodowe, dopuszcza się zabójstwa wobec ludności cywilnej obszaru okupowanego…”. Warto zwrócić uwagę na tę wypowiedź. Chyba po raz pierwszy przedstawiciel poważnej instytucji państwowej przyznał oficjalnie, choć nie wprost, że jesteśmy w Afganistanie okupantem. Politycy opowiadają o misji stabilizacyjnej i innych dyrdymałach a potem wysyłają naszych żołnierzy na regularną wojnę. A na wojnie giną ludzie. Czy powinniśmy godzić się z tym, że polscy żołnierze biorą udział w tym koszmarze? Ja chyba nie potrafię.           

 

S.J.

 

 

  

 

Próba zwalenia własnych błędów na innych

październik 24th, 2007

            Kiedy przegrywasz wybory myślisz o dwóch sprawach. Po pierwsze zastanawiasz się, co dalej? Jak zorganizować swoje życie od nowa? Po drugie, jest ci przykro, że ludzie Cię nie wybrali. Poczucie rozgoryczenia jest na tyle silne, że szukasz przyczyn swojej porażki w działaniu innych. Zawsze to lepiej, kiedy można nimi kogoś obdarować. Tym bardziej, że to, co przyniosły wybory, nie daje lewicy powodów do – mówiąc delikatnie –  nadmiernego optymizmu.

            Gdyby nie powstała koalicja Lewicy i Demokratów, pewnie byłbym dziś posłem – mówisz sobie w duchu. Wynik, który osiągnęliśmy jako koalicjanci jest o kilka procent niższy od tego, który miały koalicyjne partie startując dwa lata temu oddzielnie. Po co więc było oddawać miejsca na liście koalicjantom, którzy nie przysporzyli nam głosów a jedynie zabrali mandaty? Pewnie SLD idąc na wybory samodzielnie zdobyłby podobne poparcie, jak LiD a zachował mandaty tyko dla swoich. To co się stało, to nie jest kiepski interes – to prezent na który nie było nas stać. Ktoś, kto podjął w tej sprawie strategiczne decyzje musi być dzisiaj w podłym nastroju.        

            Szukając dalej przyczyn własnej porażki w działaniu innych, przypominasz sobie zmęczoną egzotyczną chorobą twarz byłego prezydenta. Ileż musiałeś się nasłuchać w czasie spotkań przed wyborami! Najczęściej ludzie nie mieli pretensji do chorego, tylko do jego sztabowców. „Dlaczego go nie powstrzymaliście?” grzmieli ci w ucho wyborcy lewicy podejmując w duchu decyzję, że zagłosują na PO. Nie było szans na wytłumaczenie czegokolwiek. Co tu zresztą tłumaczyć. Choroba to choroba – zwłaszcza, jeżeli egzotyczna.

            Idąc tropem usprawiedliwiania własnego, słabego wyniku, zaczynasz przypominać sobie więcej pretensji kierowanych przez wyborców. Widzisz gniewne twarze starych działaczy, pytających dlaczego Leszek Miller nie może startować z listy partii, którą stworzył? Jak to możliwe, że były premier, za którego rządów Polska odnosiła sukcesy, będące dziś dumą lewicy, został potraktowany jak wróg. Tłumaczysz im, że nowa centrolewica, że wymiana pokoleniowa ale im dłużej gadasz tym bardziej ich denerwujesz. Ci najstarsi i najtwardsi nie pójdą głosować – nie mają na kogo.

            Takich pretensji do innych możesz wymienić długą listę, co to jednak zmieni. Główną przyczyną przegranych wyborów jest zdobycie zbyt małej liczby głosów. Wszystko, tak naprawdę, sprowadza się do tego jednego. Ten kto zdobył ich odpowiednią liczbę, jest dziś posłem. Trzeba więc odpowiedzieć sobie na pytanie dlaczego poparcie dla własnej  kandydatury nie okazało się wystarczające? Dlaczego ludzie nie dostrzegli w tym, co robiłeś  wartości na tyle istotnej, żeby zaufać ci ponownie. Niby nie ma powodu do popadania w skrajne nastroje. Liczba głosów zdobyta tym razem była znacznie wyższa niż dwa lata temu. Nie zmienia to jednak faktu, że była za niska. Nie zmienia to również faktu, że trzeba będzie znaleźć odpowiedzi na kilka pytań o własne błędy i zaniedbania. To pytania, na które odpowiada się najtrudniej i zazwyczaj niechętnie.

S.J.

Dziękuję za minione dwa lata

październik 24th, 2007

Przegrałem wybory. Zdobyłem, wprawdzie trzeci wynik ale nasza lista wywalczyła tylko dwa mandaty. O jeden mniej niż dwa lata temu. To wynik rekordowego poparcia dla Platformy Obywatelskiej i jednego mandatu zdobytego przez Polskie Stronnictwo Ludowe.
Nad naturalnym w takiej sytuacji uczuciem rozczarowania dominuje jednak we mnie przekonanie, że warto było. Warto było stanąć w szeregach lewicy, kiedy jej notowania sięgały dwa lata temu dna. Warto było stanąć wśród tych, którzy, jako jedyni przez dwa lata przeciwstawiali się tak zwanej IV RP. Warto było zdobyć nowe, doświadczenia wynikające z pracy w Parlamencie. Warto było uczyć się patrzenia na świat przez pryzmat obowiązku spoczywającego na tych, których wyborcy obdarzają zaufaniem i mandatem.
Nade wszystko jednak warto było spotkać ludzi z którymi zetknął minie los w czasie tej krótkiej kadencji. Za wszystkie spotkania i rozmowy oraz za mądrość z nich płynącą serdecznie dziękuję. Szczególne podziękowania i pozdrowienia kieruję do tych, którzy oddali na mnie głos.
Mam nadzieję, że wszystko przed nami. Pozwólcie więc, że powiem: Do zobaczenia!
Sławomir Jeneralski

Podatkowa pułapka

październik 8th, 2007

 

            Wykupujesz mieszkanie od swojej spółdzielni? Dowiedz się dokładnie jaki podatek będziesz musiał zapłacić? Dla wielu kwota tego podatku okaże się szokująco wysoka.
 
            Zmienione przepisy dotyczące spółdzielni mieszkaniowych pozwalają wykupić mieszkanie a bezcen. Cieszy się z tego ok. 900 tysięcy lokatorów, który nie wykupili mieszkań do tej pory. Teraz wyszło na to, że warto było czekać, bo ceny wykupu mają być naprawdę symboliczne. Jest jednak pewien problem. Podatek, który może wynieść w skrajnych przypadkach 50 – 60 tysięcy złotych a nawet jeszcze więcej.

            Rynkowe ceny mieszkań są w Polsce wysokie. Koszty spółdzielcy to wniesiony przez niego wkład, umorzony kredyt i niewielka kwota, którą przyjdzie mu teraz zapłacić. Różnica pomiędzy ceną rynkową a kosztami stanowi w momencie wykupu dochód nowego właściciela. A od dochodu trzeba zapłacić podatek. W poprzednich przepisach dochód ten był ustawowo zwolniony od opodatkowania. Teraz nie. Spółdzielnie mają obowiązek informowania urzędów skarbowych o przeprowadzonych wykupach, trudno więc liczyć na to, że fiskus się nie zorientuje. Zorientuje się a jak nie zapłacimy w terminie, przyśle nam komornika.

            Trzeba się zatem dobrze się zastanowić a przede wszystkim dobrze policzyć jakie będą pełne koszty wykupu. Czy przypadkiem nie wpadniemy w podatkową pułapkę z której niełatwo się będzie wydostać. Nietrudno wyobrazić sobie sytuację w której ktoś traci wykupione mieszkanie bo nie jest w stanie zapłacić gigantycznego podatku.

            Ta ustawa – pułapka ma wielu ojców. Jest wspólnym dziełem PiS-u, PO i LPR-u.  Jako poseł SLD głosowałem  przeciwko niej. W następnej kadencji zaskarżymy ją w Trybunale Konstytucyjnym ze względu na jej liczne wady prawne. Sprawa pułapki podatkowej jest jednak wątkiem nowym, wynikającym z analizy ustawy przez zarządy spółdzielni. Czy pomysłodawcy ustawy przeoczyli to oczywiste zagrożenie? Możliwe, ja również nie zdawałem sobie wcześniej z niego sprawy. A może autorzy jednak wiedzieli w jakie kłopoty pakują nabywców mieszkań, którzy cieszą się dzisiaj  można mieć na własność mieszkanie za złotówkę. Mówimy o podatkach dotyczących setek tysięcy ludzi i liczonych w miliardowych kwotach. Czy tworząc projekt ustawy można to pominąć? 

Zawalczmy o Port Lotniczy

październik 6th, 2007

Ile razy jeszcze sprawa Portu Lotniczego będzie wykorzystywana do głupich gierek toruńsko-bydgoskich. O port trzeba dbać, bo jest naszym wspólnym skarbem. Nie wolno się o niego kłócić a już na pewno nie wolno wykorzystywać go do politykowania. Panowie kandydaci na posłów, znajdźcie sobie inny sposób na robienie kampanii wyborczej. Zostawcie Port Lotniczy w spokoju. Port jest na początku trudnej drogi. Każda akcja polityczna wyrządza mu krzywdę. Jeżeli chcecie się nim zajmować, jeżeli chcecie mu pomóc, to bądźcie uprzejmi się od niego odczepić.

Nie twierdzę, że wszystko jest  porządku. Długi to wielki problem. Zdobywanie pieniędzy na rozwój portu to problem jeszcze trudniejszy. Zarządzających portem trzeba kontrolować ale nie po to, żeby udowodnić, że władza jest czujna i mądra. Trzeba kontrolować młodego prezesa, żeby nie narobił głupot. Żeby nie zapomniał, że jego projekty prywatyzacyjne nie załatwiają sprawy. Główny problem portu polega na tym, że nie został do tej pory wpisany do europejskiej sieci. To jest główna bariera rozwoju. Jeżeli w 2010 roku nie uda się tej sprawy załatwić będziemy przegrani na wiele lat. Na tym trzeba się skupić. O to zabiegać, zamiast tracić czas na prężenie politycznych muskułów.

Wybory to czas gorączki. Kampania rządzi się specyficznymi prawami. Sam biorę w niej udział. Mimo to apeluję do wszystkich, którzy rozumieją potrzeby naszego regionu: Zawrzyjmy pakt! Usiądźmy do stołu i powiedzmy, patrząc sobie w oczy, co każdy z nas może zrobić, żeby Portowi Lotniczemu się udało? Jeżeli dojdzie do takiego spotkania stawiam kawę i paluszki.

Sławomir Jeneralski

www.jeneralski.pl      

Co to jest KOM?

październik 5th, 2007

Z lekkim opóźnieniem spowodowanym przedwyborczą gonitwą piszę o powstaniu Komitetu Ostatnich Miejsc. KOM zrzesza tych, którzy w wyborach do Sejmu kandydują z ostatnich miejsc na sowich listach. Powstanie KOM-u można potraktować jako inicjatywę mało istotną. Ja jednak namawiam, żeby się nad nią zastanowić. Nie tylko dlatego, że sam, po raz drugi, kandyduję z końca listy. Powód jest istotniejszy. Chcę namawiać do dokonywania świadomego wyboru. Do czytania listy od początku do końca. To ciekawsze zajęcie niż stawianie krzyżyka wyłącznie według sympatii partyjnych. Często narzekamy, że chcielibyśmy głosować na konkretnych ludzi, ale ordynacja wyborcza nie pozwala. Otóż pozwala trzeba tylko zadać sobie trochę trudu i przeczytać uważnie listę, żeby znaleźć swojego faworyta.

Na ostatnich miejscach list LiD-u jest interesująco. Na sejmowej konferencji KOM-u pojawił się Piotr Gadzinowski, weteran ostatniego miejsca w stolicy. Trzykrotnie wchodził z niego do Sejmu i ma zamiar zrobić to czwarty raz. Alicja Murynowicz z Łodzi dwa lata temu nie zdobyła mandatu, teraz próbuje ponownie. Bronisław Cieślak debiutuje jako KOM-owiec. Z ostatniego miejsca kandyduje też, tyle że na liście PO, Jarosław Wałęsa.

Będąc w dobrym towrzystwie, a także, patrząc na notowania LiD-u w dobrym nastroju, pragnę wezwać konkurentów z innych list do współzawodnictwa. Policzmy po wyborach, które ugrupowanie wprowadziło do nowego Sejmu najwięcej posłów kandydających z ostatnich miejsc. Myślę, że nie będziemy w tym rankingu bez szans. 

Dlaczego ja po raz drugi zamykam bydgoską listę, dwa lata temu SLD teraz LiD-u? Powodów jest kilka. Dwa lata temu z ostatniego miejsca zdobyłem drugi wynik po Januszu Zemke. Skoro wtedy moi sympatycy mnie odnaleźli to tym razem będzie im jeszcze łatwiej. Po drugie, start z końca listy pozwala oszczędzać energię. Układanie list to trudny moment dla każdego ugrupowania. Sporo energii trzeba poświęcić na dyskusje kto będzie po kim. Towarzyszą temu wielkie emocje a często i kłótnie. Ja wielce sobie cenię spokój wynikający z nie uczestniczenia w tych dyskusjach. Wolę rozmawiać z wyborcami.

Sławomir Jeneralski

www.jeneralski.pl

Uwaga! Inwigilacja!

październik 4th, 2007

Nie zgadzam się, żeby jakiś młokos z CBA przepuszczony przez PiS-owski filtr kadrowy, przeglądał moją ZUS-owską teczkę bez powodu i bez żadnej kontroli. To bezprawie!
 

CBA ma dostać prawo dostępu do naszych dokumentów gromadzonych przez ZUS. 25 milionów Polaków znajdzie się na podstawie jednej decyzji premiera Kaczyńskiego w komputerze supernadzorców IV RP.

Do tej pory, jeżeli policja, lub inne służby chciały zajrzeć do naszych dokumentów, ich szefowie musieli pisać swoim funkcjonariuszom upoważnienie i podawać w nim kogo a także dlaczego chcą prześwietlić. Nie można było grzebać w teczkach bez powodu, kiedy nie toczyło się żadne postępowanie. Teraz ma być inaczej. Wystarczy, że funkcjonariusz CBA wpisze w swoim komputerze imię i nazwisko delikwenta, naciśnie enter i … już. Nie trzeba będzie ZUS-owi niczego wyjaśniać ani broń boże składać żadnych pism. Operacja inwigilowania obywatela ma być wyłączona spod jakiejkolwiek kontroli.

To niezgodne z naszą Konstytucją, z ustawą o CBA z przepisami dotyczącymi ochrony danych osobowych z europejską Kartą Praw Ppodstawowych. Przede wszystkim jednak jest to niezgodne z zasadami przyzwoitości obowiązującymi władzę wobec obywateli.

Obywatelu nie podskakuj – bądź szczęśliwy i już
 

Wizja państwa w którym jakiś wielki brat analizuje moje życie i ani ja, ani nikt inny o tym nie wie, to wizja przerażająca. To wizja państwa, w którym małej grupie ludzi owładniętych obsesją tropienia wyimaginowanego układu (a może manią prześladowczą), wszystko wolno. Ludzie ci stawiają się ponad wszystkimi. Liczą się tylko ich potrzeby, ich dążenia, ich interesy i ich wizja rzeczywistości. Nasza wizja świata nie ma znaczenia. Oni wiedzą lepiej od nas, oni działają skuteczniej od nas, oni uczynią nas szczęśliwymi, nawet, jeżeli będziemy stawiali opór. Szczególnie opornych można prześwietlić i przycisnąć tak, że „ani pisną”.

Po co babcię denerwować…


Od czasu do czasu politycy i publicyści rozpoczynają w Polsce dyskusję rozpoczynającą się od pytania, czy nasza demokracja jest zagrożona. Rozpoczynają i natychmiast wstydliwie wycofują się w twierdzenie, że właściwie to nie za bardzo. Temat wydaje się kłopotliwy nawet dla tych, który IV RP szczerze nie znoszą. Trudno zrozumieć dlaczego? Co się musi wydarzyć, żebyśmy uznali, że pora bić na alarm i to we wszystkie dzwony. Kiedy PiS-owska władza zmieniała na kolanie prawo, żeby zrobić z mediów publicznych  folwark polityczny – pomarudziliśmy ledwo chwilę. Kiedy zmieniła samorządową ordynację wyborczą wprowadzającą blokowanie list a więc zasadę, że rządzić może ten kto zdobył mniej głosów – obrońcy demokracji z PO byli za. Kiedy lobby prokuratorskie chciało uzyskać prawo do, niezgodnego z zasadami obowiązującymi w całej Europie, grzebania w naszych bilingach telefonicznych – po stronie tego lobby stał symbol walki o demokrację Antoni Mężydło, który z Kaczyńskimi pokłócił się dopiero o most w Toruniu. Kiedy premier zakpił z Sejmu odwołując a za chwilę powołując swoich ministrów – nikt się tym nadmiernie nie przejął. Zachowujemy się jak człowiek, który ignoruje fakt, że coś go pobolewa a do lekarza trafia dopiero wtedy kiedy karetka zabierze go nieprzytomnego z ulicy.

Kiedy okazało się, że PiS-owscy twardziele nie chcą się zgodzić na obserwatorów OBWE w czasie wyborów nikt nie ośmielił się powiedzieć głośno, że trzeba skontrolować, czy wybory będą miały uczciwy przebieg. Wszyscy podnosili wstydliwie tylko jeden argument: „do innych państw też jeżdżą”. Nikomu nie przeszło przez gardło, że chodzi właśnie o kontrolę władzy. Fałszowanie wyborów nie polega wyłącznie na podrzucaniu głosów do urny. A czy nie warto sprawdzić, jak tematykę wyborczą traktują media podlegające rządowi, jak policja, służby i instytucje państwa zachowują się wobec komitetów wyborczych. Dlaczego mamy ufać władzy, która nie zasługuje na zaufanie i która skrajnie nie ufa nam. Nie powalajmy sobie wmawiać, że kto kontroluje i krytykuje władzę braci Kaczyńskich dokonuje zamachu na godność państwa i narodu. Bracia Kaczyńscy z państwem i narodem mają na szczęście niewiele wspólnego. Pora to przegłosować. 21 października będzie dobra okazja.

Sławomir Jeneralski

Pierwsza taka rozmowa

październik 1st, 2007

Debata na którą wszyscy czekali nie wywołała emocji, na które liczyła rządna krwi publiczność. Nie wywołała, bo nie mogła. Spotkali się przeciwnicy znający się na tej robocie. Trudno było liczyć na to, że jeden sobie nie poradzi. Nie było haków i pułapek. Gdyby istniały, zostałyby użyte wcześniej albo będą użyte później. Teraz jeszcze nie pora na decydujące rozgrywki. Nie było mieszania z błotem bo dyskutanci dobrze wiedzą, że to przysparza sympatii i punktów przeciwnikowi.

Z punktu widzenia roboty telewizyjnej też nic wstrząsającego. Znane twarze dziennikarzy i, pomijając może  Monikę Olejnik, pytania, które nie wtłaczały gości w fotel. Chwilami wydawało się, że regulamin debaty jest ważniejszy od prezydenta, premiera i polskich, skomplikowanych spraw. Kiedy dla odmiany regulamin przegrywał nieco, wkradał się lekki chaos. Dlaczego rozpoczynał ten program prezes TVP? W firmie gdzie pracuje tylu dziennikarzy i prezenterów, prezes powinien mieć wolne wieczory.

A jednak była to rozmowa która przejdzie do historii i odegra wielką rolę w przekonywaniu nie przekonanych. Dlaczego? To proste! Po raz pierwszy III i IV RP stanęły do konfrontacji w świetle reflektorów. Do tej pory kłóciły się przy okazji i na raty. W różnych składach osobowych i w różnych programach publicystycznych. Czasami można było nawet odnieść smutne wrażenie, że bardziej zajadłe były potyczki dziennikarzy niż polityków. Tym razem osiemnaście lat polskiej transformacji usiadło naprzeciwko dwóch lat kłopotliwego eksperymentu politycznego. Konfrontacja nie przyniosła rozstrzygnięcia bo ono już dawno zapadło. Kto chce zagłosować na PiS, zrobi to nawet gdyby Jarosław Kaczyński przyszedł na tę debatę z krawatem zawiązanym w formie opaski na głowie i próbował mówić po chińsku. Kto chce LiD-u zagłosuje na LiD, choćby Aleksander Kwaśniewski przez pół debaty przekonywał, że spoglądać w oczy pięknych kobiet „nada”. Dla tych dwóch grup sprawa jest rozstrzygnięta. Co jednak z niezdecydowanymi? Czy prezydent i premier dali im do myślenia. Z pewnością tak. Jeden mówił budujmy Europę, drugi budujmy surowe prawo. Jeden zachęcał, do porozumienia drugi wietrzył spiski. Jeden wyliczał swoje, niezmierzone zasługi, drugi wyliczał te same sukcesy mówiąc, że to wspólny dorobek poprzedników. Jeden się uśmiechał częściej, drugi rzadziej. Tak ja zapamiętałem tę debatę. Oczywiście można powiedzieć a ja nie zaprzeczę, że jest to ocena całkowicie subiektywna. Tak, jak każda tego typu ocena. Pytanie jednak na jakie subiektywne oceny zdecydują się owi niezdecydowani, o których głosy toczy się gra?

Gdybym miał pomóc w pojęciu takiej decyzji, powiedziałbym tak: Zastanów się kogo wolałbyś zaprosić do swojego domu na obiad? Komendanta kolonii karnej, czy dyrektora hotelu w którym goszczą sławy tego świata. Zastanów się!

Sławomir Jeneralski

Sztuka mamienia narodu

październik 1st, 2007

Prasa, radio i telewizja informują o czymś zupełnie niesłychanym o ewakuacji szpitali a minister Zbigniew Religa wciąż jest jednym z najpopularniejszych polityków w Polsce.
 

Pomyślmy, co by było, gdyby za rządów lewicy doszło do ewakuacji szpitali. Odpowiedź jest oczywista, cała opozycja i wszystkie media rozszarpałyby rząd na strzępy. Prowadziłyby krucjatę, przeciwko nieudolnej władzy domagając się jej ustąpienia i ukarania winnych na wszelkie możliwe sposoby. Jazgot podniósłby się taki, że wszelkie tłumaczenia zdałyby się tylko psu na budę. Oburzenie byłoby powszechne i … słuszne.

Teraz ewakuacje szpitali stały się faktem. Pacjenci wywożeni są do innych miejsc jak w czasie wojny a wśród dziennikarskich relacji można usłyszeć informacje o noworodkach oddzielonych od matek. Horror. I co? I w zasadzie nic! Powiedzą coś w telewizji, napiszą w gazetach i tyle. Nikt się tym specjalnie nie interesuje. Nawet na kiełbasę wyborczą nikt nie chce tej sprawy przerobić. Dziwne? Otóż nie do końca.

PiS robi dobrą minę do złej gry bo taki już jest. W żadnej sprawie nie liczył się faktami a udawanie, że zawsze wszystko jest w porządku to PiS-owska specjalność. W końcu „ciemny lud wszystko kupi”.

Platforma Obywatelska ma kłopot. Za służbę zdrowia odpowiadają dziś liberałowie z ekipy Tuska, którzy go zdradzili dla braci Kaczyńskich. Minister zdrowia, Zbigniew Religa, jeszcze dwa lata temu był sztandarem pod którym Donald Tusk walczył o prezydenturę. Andrzej Sośnierz, który dwa lata temu został posłem z listy PO dowodzi dziś Narodowym Funduszem Zdrowia, czyli dzieli pieniądze. Sośnierz dzieli, co ma, ale prawdziwą kasę trzyma obrażona na Donalda Tuska wiceprzewodnicząca PO, Zyta Gilowska. Mamy więc troje byłych platformersów, którzy decydują jak w IV RP działają szpitale i przychodnie. PO musi teraz szukać sposobu, żeby zaproponować takie sposoby na przełamanie kryzysu w służbie zdrowia, żeby odciąć się od tej trójki. Siedzi więc cicho, bo tak jest bezpieczniej.

LiD nie ma powodu, żeby uczestniczyć w rodzinnej kłótni. Lewica porządnie oberwała za służbę zdrowia w poprzedniej kadencji. Niech teraz pokarzą, co potrafią ci, którym tak łatwo było się poprzednio wymądrzać i krytykować.

Tak więc widok ewakuowanych szpitali nie wywołuje dziś, mimo przedwyborczej gorączki, politycznych emocji. Najdziwniejsze jest jednak w tej sprawie nie stanowisko polityków, najciekawsza jest opinia publiczna. Mimo dwóch lat ciągłego kryzysu w służbie zdrowia ludzie nadal ufają ministrowi Relidze bardziej niż większości innych polityków. Ciekawe za co? 

Kampania służb specjalnych

wrzesień 29th, 2007

Antoni Macierewicz poszedł na urlop, bo zmusiła go do tego opozycja. To nienormalne kiedy człowiek kierujący pracą służb specjalnych staje do wyborczej rywalizacji z tymi, których może kontrolować i inwigilować. To nieuczciwa konkurencja. Lepszy urlop niż nic ale trzeba pamiętać, że Macierewicz urlopowany to cały czas Macierewicz.

Jest i inny kłopot. Macierewicz to tylko jeden z  kilku PiS-owskich kandydatów, mających dostęp do tajnych a więc groźnych możliwości. Możliwości, które w kampanii wyborczej stają się cenniejsze niż złoto i niebezpieczniejsze od czarnej ospy.

Dlaczego nikt nie domaga się odejścia na urlop Zyty Gilowskiej. Przecież jako minister finansów nadzoruje ona Urząd Kontroli Skarbowej. UKS to potężna specsłużba,  której bardzo wiele wolno. Może inwigilować, podsłuchiwać i prowadzić inne tajne operacje. Kto może dać gwarancje, że UKS nie zostanie, jako broń, użyta w wyborczej walce. Skoro należało się obawiać Macierewicza, to dlaczego nie Gilowskiej. Jak jest między nim różnica, oprócz różnicy płci ma się rozumieć.

Jeszcze gorzej sprawy się mają jeśli chodzi o Zbigniewa Wassermanna. Ten to dopiero ma możliwości. Koordynuje działanie kilku służb. Wprawdzie premier trzyma go na krótkiej smyczy, żeby nie plątał się pod nogami Ziobrze ale wiadomo za to, że Wassermann prowadzi prywatną wojnę z niektórymi posłami opozycji, na przykład z Januszem Zemke. Kto może dać gwarancję, że sfrustrowany niepowodzeniami we własnym obozie minister nie zechce pomóc sobie, używając tajnej broni. Zwłaszcza, że ostatnio dał popis szastając bezprawnie teczką gen. Dukaczewskiego.

A co ze Zbigniewem Ziobro sztandarem PiS-u, na którym  nie brakuje już przecież podejrzanych plam. Ma władzę absolutną realizowaną przy pomocy prokuratury. Robi, co chce, depcząc przeciwników, których napotka na swojej drodze. Zrobi wszystko, żeby wspierać zwycięstwo swoje i PiS-u. Wie, że następna władza może go boleśnie rozliczyć ze śmierci Barbary Blidy i kilku innych podejrzanych spraw. Co mu szkodzi pójść na całość. Ma wprawę, nie ma skrupułów.   

Dlaczego na urlop poszedł jeden „pan na specsłużbach” nie wszyscy? Panie Premierze, powiedziało się „A” trzeba iść dalej. W imię konsekwencji i przyzwoitości. Zasady powinny być przecież równe dla  wszystkich bez wyjątku. W końcu zasady zobowiązują. Prawda?